Trzy dni telepracy

Ten tydzień był wyjątkowy. To właśnie ostatnie parę dni ostatecznie popchnęło mnie do założenia tego bloga, choć pomysł dojrzewał w głowie już wcześniej. Tym milowym krokiem było nie pójście do pracy. O tak właśnie! Nie-pójście.


Wbrew pozorom nie było to takie łatwe. Mimo narastającego od jakiegoś czasu wypalenia zawodowego nie potrafiłam jak dotąd tak po prostu porzucić stanowiska pracy. Raz, że interes wyhodowałam niemalże na własnej piersi (ojcem interesu jest mój partner, ja jestem nadopiekuńczą i znerwicowaną matką). Dwa, że no… zbyt długie przebywanie poza biurem powoduje dość gwałtowne objawy odstawienne i poczucie winy. Poczucie winy towarzyszy mi przez całe życie w każdej niemal kwestii, chciałam je chociaż ograniczyć w kwestiach zawodowych. No – tak się tłumaczę.

W poniedziałek rano wkurzyłam się, pokłóciłam przy wszystkich z U. i niniejszym nie zostało mi nic innego jak spakowanie laptopa i pójście do domu o godzinie 13.00. Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę – ja rzeczywiście wyszłam z pracy!
Reszta dnia upłynęła mi na jakże ulubionym kompulsywnym obżarstwie i opilstwie, oglądaniu seriali, i innych autodestrukcyjnych zachowaniach. Było wspaniale. Do pracy poszłam oczywiście wieczorem na 2 godziny, ale tylko po to by zmienić pracownicę. Do nikogo starałam się nie odzywać.

Następnego dnia zostałam od rana w domu. Ponieważ potrzebę brudu i bałaganu zaspokoiłam dzień wcześniej, tym razem wzięło mnie na sprzątanie. Umyłam i wyszorowałam całe mieszkanie, zrobiłam pranie, a nawet wyrzuciłam śmieci. A potem znów oglądałam filmy. Wieczorem znów wpadłam do pracy, i naciągnęłam U. na jedzenie na mieście. Uznał ten gest za zawieszenie broni, a ja po prostu byłam głodna ;)

Trzeciego dnia równiutko o godzinie 10.00 siedziałam już w wysprzątanym mieszkaniu przed komputerem, uczesana, czyściutka i pełna pomysłów. Zmiana otoczenia poprzestawiała mi klepki. Wymyśliłam sobie że od teraz co tydzień będę spędzała jeden dzień w tygodniu na pracy z domu. Poza wolną niedzielą, oczywiście. Tryskałam optymizmem i energią. Stwierdziłam, że właśnie tego mi trzeba!

Reszta tygodnia aż do dzisiejszej soboty okazała się czystą przyjemnością. Przede wszystkim satysfakcjonujące było odkrycie, że beze mnie w biurze świat się nie zawalił. Nikt nie umarł, wszyscy sobie poradzili, wręcz jestem pewna, że mało kto za mną tęsknił. I dobrze! Poczucie winy chwilowo zostało zwalczone.

Ten wpis dedykuję wszystkim nadobowiązkowym pracoholikom prowadzącym własne firmy. A więc da się, ludzie!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s